Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 stycznia 2014

Biel - część 6.

     Zauważam, że tu, na parterze jest trochę chłodno. Biorę z ganku bluzę i idę do kuchni. Biorę z lodówki jogurt i musli, a z szafki jabłko, pomarańczę i dwie mandarynki. Wiem, wiem. Nie powinno się jeść owoców na noc, ale co poradzę, że jestem głodna? Siadam przy stole i zaczynam jeść. Jest całkiem cicho. Nie. Nie całkiem. Znowu ten cholerny zegar. Trudno, zdzierżę. Jestem zbyt leniwa, żeby pójść z jedzeniem do innego pokoju.
     Nagle z salonu dobiega mnie głośne chrapnięcie. Podskakuję ze strachu, ale zarz nie mogę powstrzymać napadu śmiechu. Nie wiedziałam, że Radek chrapie.
     Nachodzi mnie myśl. Może ja jestem... zła? Nie no, to to na pewno. W końcu zabiłam dwóch facetów i niehumanitarnie pochowałam rodziców. Z tymi dwoma oprychami jeszcze nie wiem, co zrobię... W każdym razie. Czy ktoś dobry (nazwijmy to tak) tak "po prostu" przeszedłby śmierć rodziców? Kit z rodzicami. Śmierć czworga ludzi we własnym domu? Cóż, ja tylko posprzątałam i zastanawiam się, co zrobić z "fantami"... Nie, to z pewnością nie jest normalne. W tym momencie mogę wszystko zwalić na mamę - skoro daje dziecku dziwne imię, musi się liczyć z tym, że będzie mieć dziwną córkę. No i ma. Kto daje na imię Flawia? "To imię ma pozytywny wydźwięk!" - sru-tu-tu-tu majtki z drutu. Ta, akurat. Nienawidzę tego imienia. Zawsze podobało mi się imię Barbara. Baśka. Baśka miała fajny biust...
     Słyszę walenie w okno. Tak, jakby ktoś chciał wybić szybę w sypialni rodziców. Z salonu dochodzi mnie niemrawy głos Radka:
     - Co ty wyprawiasz, Fla... Bacha...?
     - Ćśśśśśśś...
     Gaszę światło i wyciągam swój telefon z dość jasnym wyświetlaczem. Nie chcę, na wszelki wypadek, rzucać się w oczy w jaskrawym świetle halogenów, ale nie chcę też się zabić o własne nogi.
     Dudnienie w okna narasta. Radek już siedzi czujny na kanapie. Nagle coś do mnie dociera.
     - Kur... źwa.
     - Co? - Szepcze do mnie zaniepokojony.
     Rzucam mu spanikowane spojrzenie.
     - Zwłoki. - Robi wielkie oczy. - Leżą. Przed domem.
     Widzę w słabym świetle padającym z komórki, jak Radek porusza ustami niemo przeklinając.
     Podchodzę do niego na palcach.
     - Ale dlaczego ten ktoś chce wejść z tyłu domu?
     Pokręcił głową, dając mi do zrozumienia, że wie tyle, co i ja.
     - Musimy się stąd wydostać.
     - Chodźmy na górę, wyjdziemy na dach.
     - Oszalałaś?! Nie lepiej po prostu wyjść tu oknem lub, najzwyczajniej, drzwiami?
     - Nie.
     - Dlaczego?!
     - Bo to by było "po prostu" i "najzwyczajniej", a ja jestem gorąca dziewczyna i lubię adrenalinę, a skoro adrenalinę to i chodzenie po dachu. Pomyślałeś czasem, że od razu, jeżeli to gliny, sprawdzą okolicę? Nie zdążymy odejść daleko.
     - A siedząc na dachu, znajdziemy się w impasie!
     - To fakt.
     - Po prostu skacz przez okno!
     Dźwięk pękającego szkła i odłamków spadających na podłogę.
     - Nie ma mowy. - Ciągnę Radka po schodach do góry.
     - Ty idiotko.
 
                                                *   *   *   *   *

Wy też tak kochacie dialogi? ;) W końcu wróciło trochę akcji, prawda?

Kachna

czwartek, 26 grudnia 2013

Biel - część 5.

     Co prawda, wykopałam już wcześniej dość głęboki dół, ale im głębszy, tym lepszy. Tak więc, kopiemy już z Radkiem dobrą godzinę. Rów ma już półtora metra. Mówię, że już wystarczy, ale mój kochany mądrala twierdzi, że: "Im głębszy, tym lepszy". Właściwie, to COKOLWIEK bym powiedziała, on zawsze odpowiada "Im głębszy, tym lepszy". Nie mam bladego pojęcia, czy chce mnie tym zirytować, czy też najzwyczajniej w świecie mnie nie słucha i ma gdzieś, co ja mówię.
     A im bardziej przekonana jestem, że chodzi o tę drugą możliwość, mój nastrój upodabnia się do tego wspomnianego w opcji numer 1. Ciężko jest mi opanować irytację, ale w końcu się hamuję.
     Rzucam łopatę na ziemię. Radek, słysząc jak upada z łoskotem, przestaje kopać i patrzy na mnie pytającym wzrokiem. W ten oto sposób zostaję ponownie wytrącona z równowagi. Odezwać się - nie odezwie, ale jak przestałam kopać, to się przejmuje, że robota zwalona na niego!
     Stwierdzam, że jestem głupia i niewdzięczna, słysząc jego zatroskany głos:
     - Zmęczona jesteś? Może odpocznij, bo trochę tu jeszcze zostało... - Radek zagląda do dołu. - W nocy jest dużo chłodniej niż w dzień. Może pójdziesz do domu i napijesz się czegoś ciepłego?
     - Chodź ze mną, zaparzę herbatę. - Patrzy na mnie tak zdziwiony, aż chce mi się śmiać. I faktycznie, wybucham śmiechem. - Chyba nie myślisz, że ja sobie pójdę, a ty będziesz harował za mnie?
     Radek się uśmiecha (co za niebywałe zjawisko! - nie widziałam go od zakończenia roku szkolnego), rzuca swoją łopatę obok mojej i biegnie za mną do domu.

     Woda już się zagotowała i właśnie parzę herbatę. Torebka musi leżeć we wrzątku dokładnie sześćdziesiąt dwie sekundy, następnie trzeba wsypać do kubka pół łyżeczki cukru, odczekać trzynaście sekund i zamieszać trzydzieści siedem razy. Matka chyba by się przewróciła w grobie, gdybym wykonała jakąś czynność nie w tej kolejności lub gdybym pomyliła liczby! Radek gapi się na mnie z krzesła, jakbym odprawiała jakiś mroczny rytuał.
     - Co? - pytam się go, a on patrzy na mnie, potem na nasze kubki z herbatą. - Ach, o to ci chodzi! - Dla mnie te wszystkie procedury są zupełnie naturalne. Dopiero widząc wyraz twarzy Radka zdaję sobie sprawę jak to komicznie musi wyglądać (zwłaszcza, że sekundy liczę na głos, żeby się nie pomylić).
     Herbata wypita, ale wciąż siedzimy z ciepłymi kubkami w dłoniach. Patrzymy na siebie. Często to robimy po prostu z nudów.
     - Przecież to nie ma znaczenia, ile razy zamieszam herbatę albo czy to zrobię łyżeczką srebrną czy metalową... - mówi do mnie z wyrzutem i takim zawodem w głosie, jakby jego świat runął. Powstrzymuję śmiech.
     - Mama by się dała zabić za złotą łyżeczkę do herbaty. - Mija chwila zanim pojmuję własną aluzję i zaczynam się śmiać.
     - Kurde, ty jesteś z jakiejś czarnoksięskiej rodziny! Może jeszcze mi powiesz, że latasz na miotle i składasz ludzi w ofierze?
     - Nie umiem latać debilu, ale to drugie stanowczo tak.
     Obydwoje wybuchamy śmiechem. Radek przestaje wcześniej ode mnie, wstaje od stołu i podchodzi do okna. Jego twarz odbija się w szybie i widzę, że patrzy na zwłoki dwóch obcych mężczyzn leżących między domem, a lasem. Ja też wstaję. Wychodzę z pokoju pod pretekstem potrzeby skorzystania z łazienki. Chowam się obok wejścia do kuchni. Radek wzdycha i podchodzi do stołu tak, że mnie nie zauważa. Odsuwa sobie krzesło i chce usiąść. Podchodzę szybko i odsuwam mu krzesło. KABUM! I leży Radeczek zszokowany i bezradny na podłodze.
     Duszę się ze śmiechu. Nie... Nie mogę. Zaraz mi chyba przepona pęknie! Padam na ziemię obok niego (po drodze słyszę "Ty małpo!") i obydwoje tarzamy się ze śmiechu po (na szczęście, już czystej) podłodze.

     Siedzę na kolanach Radkowi, całujemy się. Po prostu płonę. Cała płonę. Rzucam go na kanapę i...

     Boże słodki! Jakim cudem coś takiego mi się przyśniło?! Pffff... Idę na odwyk. Mamusina herbata zawsze miała jakieś skutki uboczne. Rany, co za koszamr... ze niby ja i Ra... Nie, nie...
     Zaraz, skąd się wzięłam w swoim pokoju? Pamiętam tylko, że potem poszliśmy dalej kopać ten prowizoryczny grób... Schodzę na dół po schodach. Zapach zgnilizny już prawie całkiem się ulotnił, ale wciąż zajeżdża trupem. Zapalam lampę w przedpokoju. Snop jej światła oświetla częściowo salon. Coś się tam rusza. Podskakuję lekko z zaskoczenia i strachu. Pfffff... Nie. To Radek śpi na kanapie. TEJ kanapie. Jezu, muszę wyprzeć ten sen z podświadomości.

************

Wszyscy razem hip, hip, hurra! dla mnie! W końcu napisałam 5. część Bieli - tak długo i (mam nadzieję) cierpliwie wyczekiwaną. Jak możecie zauważyć, do naszej historii doszedł nowy wątek. Lecz tylko ja wiem, czy ten wątki przetrwa, czy przepadnie. Jeden mówi "coś się święci", ja mówię "żebyś się nie zdziwił" :D.
Jestem bardzo zadowolona z tej serii. Jakby tak spojrzeć na nią nie pod kątem "opowiadania na bloga", to mógłby być ciekawy materiał na książkę, nie sądzicie?

Kachna

   
   

czwartek, 11 lipca 2013

Biel - część 4.

     Patrzę na wibrujący na stole kuchennym telefon. Plotkary już się do mnie dobijają. Na szczęście znajduję sobie niezwykle twórcze zajęcie, by nie myśleć o znajomych, mianowicie - upuszczanie na blat widelca. Lubię dźwięk ocierającego się o grube szkło metalu. Podnoszę jakże niebezpieczny sztuciec i powtarzam czynność w nieskończoność. W końcu przestaję, bo martwi mnie bezczynnie sterczenie przy oknie mojego najlepszego przyjaciela. Radek stoi opierając się o blat kuchenny i zgarbiony wbija wzrok w leżące w cieniu ciało mojego taty już chyba z pół godziny. Niezły jest. Cały czas spokojnie oddycha. Nie drga mu nawet jeden mięsięń.
     Radek odwraca się tyłem do okna i spuszcza głowę, nadal podtrzymując się blatu. Naprawdę, spodziewałam się innej reakcji z jego strony. Jestem trochę rozczarowana. Chłopak nagle podnosi głowę i, nie patrząc mi w oczy, mówi:
     - Flawio...
     - Nie nazywaj mnie tak! - warczę. Znaczy się, to miał być tylko warkot, ale chyba krzyknęłam. Nie chyba. Na pewno. Och... Jestem ciut rozdrażniona sytuacją.
     W ogóle po co on tu przylazł? Kazałam mu? Kazałam mu czekać na mnie u siebie około osiemnastej. I co?
     Radek bierze głęboki wdech i mam wrażenie, że zaraz zachłyśnie się powietrzem. Potem słabo maskuje westchnięcie.
     - Basiu. - znów słyszę głębszy wdech i przełykaną głośno ślinę.
     Rozluźniam się na krześle i nagle całe rozdrażnienie ze mnie ulatuje. Jak miło, że chociaż jedna jedyna osoba pamięta moje prośby. Odpowiadam mu łagodnie:
     - Słucham cię.
     Moja próba patrzenia mu w twarz zostaje udaremniona, gdyż on w ułamku sekundy znowu stoi przodem do okna i patrzy na prowizoryczny grób usypany pod młodą wierzbą. Taak, kulturalna rozmowa kolegów - gadaj do pleców. Może ci odpowiedzą.
     On milczy. Przez to tykanie zegara wydaje się głośniejsze i ponownie wytrąca mnie z równowagi. Kolejne nieme sekundy. Chyba zaraz wybuchnę.
     - Po coś tu przylazł? - pytam ostro. Radek nie raczy nawet dać znaku, że mnie w ogóle usłyszał i już kompletnie tracę nad sobą kontrolę. - Miałeś na mnie czekać u siebie w domu, do cholery!
     Odwraca się i mówi łagodnie:
     - Czekałem. - tylko tyle. Jego świdrujący wzrok wbija się w moje oczy tak, że niemal czuję ból. Mam wrażenie, że powieki mi puchną, a oczy się czerwienią. Jak on to robi? Nie zdążam znowu podnieść na Radka głosu, bo on odpowiada na moje niewykrzyczane jeszcze pytanie: - Czy spojrzałaś na zegarek? Czekałem z półtorej godziny. - Gestem dłoni pokazuje mi zegar naścienny, którego tak nie znoszę.
     Zamykam na ułamek sekundy oczy i wzdycham.
     - W takim razie powiedz mi, która jest godzina?
     - Jest za dwadzieścia trzy dziewiąta.
     Niedowierzając szybko kieruję wzrok na zegar. Faktycznie. A ja tak go skrzyczałam! Jestem okropna...
     - Czekałem na ciebie tak długo, że trochę się zaniepokoiłem. Dzwoniłem, nie odbierałaś, więc przyszedłem. - Radek nie patrzy na mnie, tylko na zegar.
     Szybko sięgam po komórkę. Siedem nieodebranych połączeń. Trzy od "koleżanek" i cztery od Radka. Jestem jędzą. Tak na niego "naszczekałam", a on się po prostu martwił. Mój jedyny prawdziwy przyjaciel, a ja... Patrzę na Radka. Podchodzę do niego i mocno przytulam. On jest chyba zaskoczony, bo niepewnie mnie obejmuje.
     - Tak cię przepraszam! - szepczę do niego, ściskając jeszcze mocniej. Potem go puszczam. - Gdybym wiedziała, że ty... Po prostu przepraszam. Nie będę już biadoliła. Musisz mi pomóc.
     Zaciągam go na tył podwórka i pozwalam oswoić się z niecodziennym widokiem zwłok. Obserwuję jego reakcję. 
     Wdech.
     Wydech.
     Mrugnięcie.
     Potarcie dłonią karku.
     Wdech.
     Wydech.
     Westchnięcie.
     Spojrzenie na mnie.
     Radek podchodzi do mnie. Jest ode mnie wyższy prawie o głowę i zawsze mnie to zaskakuje, bo jestem od niego starsza o dwa lata. Ja chodzę do trzeciej gimnazjum, on do drugiej. Tyle, że poszedł rok wcześniej do szkoły.
     Radek wkłada ręce do kieszeni, wzdycha, po czym pyta zaskakująco twardo:
     - Co tu się stało?
     
     Teraz, kiedy słońce zaszło, jest dużo łatwiej kopać taki głęboki dół. Nie plącze się nad głową tyle robactwa. A przede wszystkim mam kogoś do pomocy.



Dzisiaj taki troszkę dłuższy post, bo zdecydowałam, że do końca lipca raczej nic nie dodam, bo nikt (tak myślę) nie będzie miał ochoty wchodzić na bloga. Teraz trzeba korzystać z ładnej pogody, póki jest! :)


Kasia

czwartek, 27 czerwca 2013

Biel - część 3.

     Na dworze jest zdecydowanie za gorąco. A ja już od dwóch godzin kopię dół z tyłu domu. Ten będzie dla mamy. Zamierzam "zrobić z niej" nową grządkę z kwiatami. Tak się tylko zastanawiam, czy posadzić tulipany? Tak, nadadzą się. Mama je lubiła. Piję łyk wody z butelki, którą wcześniej postawiłam w cieniu. Jaka miła, chłodna... Nie wiem. Ten mój zaimprowizowany grób chyba nie jest jeszcze dość głęboki. Dość głęboki? Dość głęboki?! Płytki to za dużo powiedziane! Prace ogrodowe nigdy nie idą mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła. Nigdy. Kiedy hodowałam w swoim pokoju kaktusa w doniczce, to po tygodniu całkiem usechł!
     Nie, nie, nie. Myśl pozytywnie. Teraz, kiedy już pochowam mamę, dostarczę tulipanom naturalny nawóz. Będą pięknie rosły. O ile nie zapomnę podlewać ich w ten skwar. Dość, już nie fantazjuję. Mam, co robić.
     Patrzę na zegarek. Niedawno skończyło się rozpoczęcie roku szkolnego. Koleżanki zaczną do mnie wydzwaniać. Tak, z ciekawości. Nie mam prawdziwych przyjaciółek. No, może jedną, ale miałam. Czas przeszły. Na początku wakacji, kiedy wyjechała za granicę, utonęła w Morzu Śródziemnym. Przebolałam to. 
     Ona naprawdę by się przejęła, a nie, tak jak te plotkary, szukała byle informacji, żeby zrobić sensację! Ciekawskie zołzy. A ciekawość to, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła.
     Chcę iść do domu po kostki lodu do picia. Staję przed wejściem, jak wryta. Zostawianie całkiem jeszcze świeżych zwłok na takim słońcu nie jest dobrym pomysłem. Odór wydzielany przez dwa trupy przed domem jest tak niemiłosierny, że ledwie udaje mi się powstrzymać odruch wymiotny. To... chyba już gnije. 
     Z wielkim wysiłkiem zaciągam zwłoki do cienia. Robactwa się roi tyle, że chyba życia by mi nie starczyło na policzenie tych wszystkich owadów! Bleee...
     Naprawdę nie wiem, co mam teraz robić. Panikuję. Biegnę do kuchni, leję wody z kranu do wiadra i wracam do zwłok. Nie mam pojęcia, czy to coś da ani czemu w ogóle miałoby cokolwiek dać, ale oblewam ciała wodą. Spora część robactwa ucieka, co uznaję za połowę sukcesu. Nie wiem, co mnie przeraża bardziej: paskudne owady, czy smród gnijącego mięsa. Jedno i drugie jest tak odrażające, że mam ochotę leżeć w dole na tyłach podwórka zamiast mamy. Niech tak, jak dawniej ugania się z packą za muchami, a ja w tym czasie poleżę sobie w przyjemnej, chłodnej ziemi... Ale nie ma sensu teraz, kiedy tak się naharowałam, odkopywać jej ciała. Teraz powinnam zająć się tatusinym grobem.

     Uffffff... To naprawdę dłuuuuuuuuga droga! Ale szczęśliwie zakańczam ją wbijając łopatę głęboko w ziemię. Teraz trzeba przenieść tatę do "grobu". Łapię go za nogi i z trudem ciągnę do dziury w ziemi, kiedy nagle słyszę za sobą szept:

     - Słodki Jezu...
     Odwracam się i widzę, stojącego kilka metrów ode mnie, Radka wbijającego przerażony wzrok w ciało, które właśnie ciągnę po ziemi. 
   

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Biel - część 2.

     Siedzę tu, w kuchni, już chyba parę godzin. Niebo jest teraz ciemnogranatowe i tylko wątłe światło księżyca sączy się przez okno. Wpatruję się w sierp wiszący między drobnymi gwiazdami. Są takie piękne... Takie delikatne, takie... Dziewicze, nieposkromione, nieujarzmione... Wiem. Wszystko to synonimy, ale jak pięknie brzmi każdy z nich!
     Z błogiego nastroju wyrywa mnie nasilający się odór. Patrzę na ciała. To obrzydliwe. Teraz naprawdę idę się pakować.
     Znowu brodzę przez korytarz. Na schodach zdejmuję skarpety i rzucam je do szkarłatnej kałuży. Wchodzę na piętro. Przekraczam próg swojego pokoju, dokładnie zamykając za sobą drzwi, żeby nie przedostał się tu smród.
     Chyba muszę się spakować do wielkiego biwakowego plecaka. Mam do zabrania wszystkie swoje ubrania (których, uwierzcie, nie ma mało), kosmetyki, różne inne przydatne rzeczy, takie jak latarka, no i, oczywiście, wszystkie oszczędności - moje i rodziców.

     Patrzę na zegar na ścianie. Właśnie mija 90 minut. Jestem już prawie całkiem spakowana - zostały tylko do znalezienia pieniądze. Ale to potem. Dopóki nie będę naprawdę zmuszona do opuszczenia domu, zostanę. Teraz jestem chociaż gotowa, żeby w razie nagłego wypadku się stąd wynieść.
     Rozsądnie byłoby upozorować swoją śmierć. Jak informacja, że moi rodzice nie żyją ujrzy światło dzienne, to będą mnie szukali. Więc mam dwie opcje do wyboru: pierwsza - udawanie własnej śmierci. Bardzo kusząca, ale i niebezpieczna możliwość. Jakby rozpatrzeć wszystkie za i przeciw, to... sama nie wiem. Musiałabym się cały czas ukrywać. Druga opcja - mogę rozgłosić, że wyjeżdżam z rodzicami na stałe za granicę, posprzątać i pozbyć się ciał. To mi chyba bardziej odpowiada. Bezpieczniej jest, jeśli ktoś cię zauważy, powiedzieć, że się wcześniej wróciło z podróży, niż "część, stary, no wiesz, wróciłam z Hadesu, cieszysz się?". Więc chyba już się wezmę za sprzątanie. Jutro rozpoczyna się rok szkolny. Dobrze by było do tego czasu zniknąć z powierzchni ziemi.
     A przynajmniej wynieść się do innego miasta.

     Pojęcia nie mam jak udaje mi się tego dokonać, ale przed 9:00 rano cały dom jest znowu śnieżnobiały. W przeciwieństwie do stanu w jakim teraz ja się znajduję. Cała we krwi. Skrzepniętej, purpurowej, obrzydliwej krwi moich rodziców i ich oprawców.
     Rodziców jako tako pochowam w ogródku. A co z tymi debilnymi płatnymi mordercami? Nie wiem. Zawsze cieszyłam się, że jestem jedynaczką, ale w tej chwili naprawdę potrzebuję starszego brata. 
     Teraz ciała leżą przed domem. Wyniosłam je, żeby posprzątać dom. Dzięki Bogu, że mieszkamy (no, właściwie, to już nie "mieszkamy", tylko "mieszkam") na takim zadupiu, że nawet ptaki tu nie latają. Mogę spokojnie się jeszcze zastanowić nad wszystkim. Mam dużo czasu. Podejrzewam, że skombinuję jakieś wory i wrzucę tych dwóch złych gości do jakiegoś rowu w lesie. Oczywiście nie sama, tylko z pomocą. Już dzwonię do Radka, żeby spodziewał się mnie po południu.
     A teraz muszę znaleźć jakąś porządną łopatę. Przyda się.

Biel - część 1.

      Siedzę przy stole kuchennym. Nudzi mi się. Nagle wszystko zaczyna mnie denerwować: stukający zegar z wahadłem, który doprowadza mnie do szału, zmieniając położenie dużej wskazówki, dokładnie co minutę. Nie mogę znieść odoru krzepnącej krwi i upierdliwych much brzęczących bez przerwy nad upapranymi szkarłatną mazią głowami moich rodziców. Stuk-puk... Bzzz... Stuk-puk... Bzzz... Stuk... Nie mogę!
     Wstaję z krzesła i idę w stronę schodów prowadzących na piętro. Po drodze kopię z niesmakiem zmasakrowane ciała, żeby utorować sobie drogę na korytarz. Odór jest naprawdę nieznośny! Próbuję go znosić już od kilku dni, ale (sądząc po wielu siniakach i złamaniach, których przybyło w tym czasie na zwłokach z mojej winy) nie idzie mi to najlepiej. A kiedy rozpocznie się proces gnicia... Chyba JUŻ zacznę się pakować. Tak na wszelki wypadek...
     Idę korytarzem do swojego pokoju. Każdemu mojemu krokowi towarzyszy seria następujących odgłosów: plask! plusk! plum! Dokładnie w takiej kolejności.
     W końcu udaje mi się przedrzeć przez zalaną krwią podłogę i docieram bezpiecznie do klatki schodowej. No... Prawie bezpiecznie, bo ucierpiały moje ukochane kapcie z białymi pomponami. Choroba, a tak je lubiłam!
     Wchodzę do mojego nieskazitelnie czystego, białego pokoju. I nagle mnie coś trafia: parę dni temu cały dom był tej barwy. Teraz parter jest czerwony. Właściwie tylko mój pokój pozostał w stanie dawnej świetności.
     Ja piórkuję! Zaraz coś rozwalę! Już tutaj czuć te trupy! Tyle czasu już jestem z tymi czterema nieboszczykami, że niemal potrafię rozróżniać, który fetor jest czyj... A jeden cuchnie gorzej od drugiego! Nie, nie... Nie wyrabiam...
     Nagle mój wzrok napotyka podłogę i niemal mdleję. Przed wejściem do pokoju nie zdjęłam kapci i całe moje piękne, białe płytki są we krwi. MOJE PIĘKNE BIAŁE PŁYTKI!
     Lecę (ale nie dosłownie) do łazienki po mopa.
     Jestem głupia. Znowu zapomniałam pozbyć się Pomponików! Niesiona złością wrzucam puchate kapcie do wanny.

     Ufff... Łazienka i moje płyteczki znów wyglądają tak, jak należy.
     Jestem głodna. Tym razem pamiętam, żeby włożyć na stopy jakieś stare skarpetki, takie, których nie będzie potem szkoda. Schodzę na dół. Minutkę brodzę w bajorku, które powstało w korytarzu. W kuchni, na szczęście, nie ma aż tak dużo brązowej cieczy, a przynajmniej jest jest jej na tyle mało, żebym nie brzydziła się tam spokojnie zjeść kolacji. Patrzę przez okno. Ostatnie wakacyjne słońce właśnie zachodzi. (Teraz już) prawie białe ściany płoną niezwykłą mieszaniną ognia, złota i różu. Chyba rozumiem, dlaczego rodzice pomalowali cały dom na biało.
     Sącząc pomału herbatę z misiowego kubka z S.A.G.I., patrzę na leżące bezwładnie ciała rodziców.
     - Jednak macie gust.
     Gryzę łąpczywie kanapkę, dalej obserwując zwłoki. Zatrzymuję wzrok na mamie. Nawet ze zmiażdżoną głową jest piękna. Jej naturalne miodowe blond włosy wydają się emanować własnym światłem w blasku ostatnich promieni wieczornego słońca. Dobrze, że nie mam włosów po tobie, bo pewnie leżałabym tu teraz z wami, myślę. I dobrze, że tata był kiedyś na tyle roztrzepany, żeby zostawić mi na widoku kartkę z zapisanym szyfrem do sejfu z pistoletem.